Kolekcjonerzy kontra minimaliści

Moda na minimalizm przyszła do nas ze Skandynawii. Myśląc o minimalistycznych wnętrzach, przed oczami mamy proste meble utrzymane w stonowanej gamie barwnej, białe ściany i przede wszystkim – brak niepotrzebnych bibelotów. To nastawienie jest całkowicie obce wszystkim miłośnikom pamiątek i kolekcjonerom rupieci, którzy od porządku wolą ciepły, domowy „harmider”. Jakie są uroki życia wśród drobiazgów i dlaczego niektórzy postanawiają się ich pozbyć?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw zbadać czym tak naprawdę jest minimalizm. Mogą nam w tym pomóc liczne blogi prowadzone przez minimalistów, którzy traktują ten styl, jako filozofię życiową. To nie tylko sposób na urządzenie sobie mieszkania, lecz również sztuka pozbywania się zbędnych przedmiotów i stawiania „być” nad „mieć”. Wbrew pozorom, nie jest to wcale takie proste. Jak przekonać się do wyrzucenia pamiętników z dzieciństwa, oddania do biblioteki długo nieczytanych książek czy uszczuplenia szafy do niezbędnego minimum? Na początku nie obędzie się bez emocji. W dobieraniu przedmiotów kluczem powinna być jednak ich funkcjonalność, a nie sentymentalny balast. Jak przekonują entuzjaści tego systemu - każdy z nas może obyć się bez większości swojego dobytku, a uzyskany porządek w mieszkaniu pomoże nam lepiej myśleć i żyć.

Wszystko kiedyś się przyda

Kim są ludzie, na których te argumenty nie robią najmniejszego wrażenia? Kolekcjonerzy drobiazgów i miłośnicy rupieci niektórym nieodłącznie kojarzą się z pokoleniem naszych babć i dziadków. W czasach, kiedy nikomu się nie przelewało grzechem byłoby cokolwiek wyrzucać. Kierując się maksymą, że wszystko może się kiedyś przydać, niejedna babcia potrafiła zmienić swoje mieszkanie w składowisko niepotrzebnych przedmiotów. Nie oznacza to jednak, że ta skłonność charakteryzuje tylko starsze pokolenie. Pod pewnym względem kolekcjonerów można porównać do dzieci, które czują dumę ze swojej kolekcji naklejek czy porcelanowych figurek, chociaż dla innych ich zbiory mogą nie stanowić żadnej wartości.

Oczywiście kolekcjonerstwo niekiedy przeradza się w lukratywne hobby, jednak samo gromadzenie ma zazwyczaj na celu co innego. Przedmioty dla miłośników drobiazgów stanowią ważny element ich tożsamości. Są nośnikiem wspomnień lub po prostu budzą w nich dobre skojarzenia i budują pewność siebie. Kolekcjonerzy trzymają w swoich mieszkaniach rzeczy, do których mają emocjonalny stosunek – mogą to być komiksy, modele samolotów czy ceramiczne figurki. Niektórzy eksperci twierdzą, że zbieranie przedmiotów jest cechą wszczepioną ludziom na drodze ewolucji – ten, kto udowodnił swoją zdolność do gromadzenia zasobów, miał większą szansę na zdobycie partnera.

Powrót do minimalizmu

Nie zgadzają się z tym minimaliści, którzy twierdzą, że nasi przodkowie żyli z dnia na dzień i gromadzenie dóbr nie leżało w ich zwyczaju. Potrzebowali tylko tego, co pozwalało im przeżyć. Co zatem powinien zrobić zmęczony chaosem kolekcjoner rupieci, aby wejść na ścieżkę minimalizmu?

Jak radzą zwolennicy tego systemu, przede wszystkim pozbywać się swoich przedmiotów stopniowo. Mieszkanie przypominające muzeum osobliwości nie zmieni się od razu w chłodne, skandynawskie wnętrze. Na pierwszy ogień mogą pójść długo nienoszone ubrania, stare podręczniki czy niefunkcjonalne bibeloty, które tylko gromadzą kurz. Rzeczy nie trzeba wyrzucać – można oddawać je znajomym, sprzedawać na aukcjach internetowych czy też skorzystać z opcji wystawek na śmietnikach. Po pewnym czasie można przekonać się, że ich brak wcale nie pogarsza jakości życia – wtedy można zdecydować się na kolejne cięcia.

Trzeba jednak przyznać, że znaczna część kolekcjonerów nie ma potrzeby zmieniać swoich przyzwyczajeń. Zarówno minimalistyczne, jak i bogate w bibeloty wnętrza mają swoje zalety i wady. W utrzymaniu tych pierwszych ważna jest żelazna konsekwencja, te drugie służą tym, którzy potrafią odnaleźć harmonię w chaosie.